Pierwszy i ostatni raz w swoim życiu przeżyję Popielcowe Walentynki. Okraszone śnieżnym, popielcowym romantyzmem dietetycznych czekoladek i czerwonych, wonnie zgaszonych róż. A przecież to wszystko w założeniu ma być dla mnie, dlaczego więc mam się przed tym wzbraniać? Bo co, bo jakiś post? Popielec?
Tak jak ustanawiać rekordy w zjedzonych czekoladkach, tak mogę w sile woli. Kto mi zabroni?
No właśnie cały geniusz tego świata na tym polega. Nie muszę. Chcę. Mam wybór.
Z założenia „nie muszę i nie robię” jest nieco słabe, więc próbuję. To także pewien wybór – wybórowywanie. Nawet jeśli ostatecznie nie zrobię, to poczyniłam pewne starania, zaangażowałam się. Czyste sumienie. Wyruszyłam spacerkiem na daleką wycieczkę, bo któż nie lubi podróżować?
A czekoladki otworzę za miesiąc, akurat na urodziny.

