Syndrom pustej kartki. Przeżywasz, próbujesz uchwycić, dobrać słowa, chociaż jedno, a rozum nie chce współpracować. Na zaś przeżywasz, że nie potrafisz.
Wychodzę w swoim ulubionym, góralskim sweterku, zakrywającym mnie od pasa po szyje. Na początku się waham, nieharmonijnie wtłaczając powietrze. Przełamuję, sięgam wzrokiem przed siebie. Na szczęście nikogo. Zawiewa chłodem – upominam się w duchu, starając się przybrać lżejszy chód i pogodniejszy wyraz twarzy. Pierwszy przechodzień, sprawdzian.
Docieram do serca miasta, jakże tętniącego życiem. Zwalniam kroku, co rusz dobierając cele, tworząc nić powiązania zależną wyłącznie od mojego spojrzenia. Puls przyśpiesza, ofiara orientuje się, rzucając gniewne spojrzenie. Podtrzymuję, oczekując. Rytm miasta miarowo zwalnia, skupiając się na naszym planie. W odpowiedzi nie dzieje się nic. Pustka. Przegrywam. Reakcji znikąd.
A gdyby to nie pustka? A gdyby to ściśle nieskoncentrowana potrzeba? Tęsknota? A gdyby to bieda?