Z wybiciem północy minął mój tydzień bez cukru, a ja właśnie skończyłam jeść lody.
W ubiegłą sobotę wspólnie z dwójką znajomych postanowiliśmy zrezygnować z powszechnie zażywanych białych kryształków. Ustaliliśmy wówczas zasady naszej cukrowej wstrzemięźliwości, która ruszała od poniedziałku (29 sierpnia) do niedzieli (4 września).
„Za słodycze rozumiemy wszelkiego rodzaju ciastka, kremy, lody, czekolady, czekoladki, cukierki, galaretki z cukrem (jako składnik), żelki, słodkie napoje, serki homogenizowane z dużą ilością cukru, słodzone kompoty. W grę wchodzi także rezygnacja ze słodzików, m.in. Cola-Zero, Light itp. Większość nie podnosi poziomu glukozy, ale jest oszustwem w naszym ćwiczeniu. Należy więc i słodziki odrzucić. Dopuszczamy gumy do żucia sugar-free, leki na cukrze – jak syropy, tabletki z cukru pudru z lekiem itp. Chodzi o to by samemu siebie nie oszukiwać. Warto zadbać o codzienne ważenie się.”
Jako, że już od kilku lat „wrzuciłam na” zdrowe żywienie, tak większość z wymienionych od dawna mnie nie dotyczy. Obiekty zaznaczone stanowiły jakoweś wyzwanie, jednak by sobie nieco utrudnić, tymczasowo odrzuciłam z diety soki naturalne, świeżo wyciskane oraz zwyczajnie owoce. By to sobie namacalnie zobrazować zadbałam o spory zapas dla domowników.
Pierwszego dnia byłam zupełnie niewzruszona, z uwagi na fakt, iż przygotowując się mentalnie do wyzwania fizycznie zagryzałam domowe ciasteczka, jakby na zapas. Logika stopniowego uwalniania sacharozy zadziałała celująco. Drugiego dnia było nieco ciekawiej, gdyż czekało na mnie niecodzienne wyzwanie fizyczne – wycieczka w (pa)góry (953m n.p.m.). Tu warto, abym nadmieniła, iż wszelkiej maści skumulowaną aktywność mam w zwyczaju zakrapiać energodajnym batonem. Potrzebę starałam się przekierować na ogólną frazę będącą „posiłkiem”. Skończyło się na mięsnych pierogach, cóż zrobić. Nie wspomniałam dotąd o jednym szczególe. Moja waga do wtorku drgnęła raptem o -0,1kg, co można traktować jako błąd pomiaru. Trzeciego dnia stała się oto rzecz nadzwyczajna! Wysiłek wspinaczkowy i nie dość syty obiad spowodował obniżenie się wagi o 0,6kg, a więc z łatwością mogę ustalić wedle jakich kryteriów powinnam żyć, aby być jeszcze chudszą niż jestem. Do zmierzchu zdążyłam nakręcić 15km na kole będąc o bułce ze szpinakiem. Domniemam, iż incydent z rowerem nie zadziałał na poranny pomiar dnia czwartego. Pierwszego września zupełnie zapomniałam o wadze, z kolei o słodyczach nie potrafiłam. Być może ze względu na bliskie obcowanie z przepysznie wyglądającymi naleśnikami z serem i owocami? Zamiast naleśników, to wyciszona „potrzeba” zaowocowała do miana „czegokolwiek”, jakby wiedząc kiedy się uruchomić. Piątek był nie do wytrzymania, szkolenie obfitowało w batony, pakowane ciasta i zbożowe delikatesy, czyli wszystko to, co Pulowerki lubią najbardziej. Miałam w nogach 14km na kole, przed sobą drugie tyle, a cukier zaadoptował się w pobliżu. Sam gest zwrócenia uwagi na potencjalną zdobycz uczyniłam, robiąc sobie namyślnego psikusa. Wtem dopadła mnie jadowita refleksja. W jaki sposób działa większość nawyków? To rytuał, w którym liczy się ten pierwszy krok, a potem z prądem. Często nie zwracamy na to uwagi. Zdecydowałam się na potrzeby eksperymentu nieco zmodyfikować podany wzór. Nastroiłam się wykonując skłon ku słodyczom, tak jak to zazwyczaj robię, ale doskonale wiedząc gdzie wyląduje małe zawiniątko. Bynajmniej nie w żuchwie. „Będzie na poniedziałek” – powiedziałam sobie i rzeczywiście było po wszystkim. Emocje opadły, nagroda wyczekiwała w plecaku. Co to będzie za dzień! Sobota przeleciała nawet nie wiadomo kiedy, zdążyłam tylko odnotować, że moja waga wróciła do pierwotnego stanu. Niespodziewanie pogodna niedziela zachęciła do zbratania się z kołem, ale tu jakby rytuał przestał się narzucać. Do czasu. Wykręciłam od niechcenia lekko ponad 20km, zjadłam spaghetti i coś po godzinie 22 zaczęło mnie wysysać od środka (śmiech). Na domiar złego wszystkim zachciało się lodów po energicznym dniu. Z chwilą obsługiwania towarzystwa zdążyłam się uświadomić, że przecież zaraz północ i już tyle tego odmawiania za mną, że może warto zjeść z nimi niż jutro w samotności? Myślicie, że naprawdę dłużej musiałam się przekonywać? Jakkolwiek, w życiu nie jadłam lodów z taką goryczą, zupełnie mi nie smakowały, jakby to rzeczywiście nie miał być ten moment.
W ramach natychmiastowego odwetu zdecydowałam się na kolejny tydzień bez słodyczy, z tą zasadniczą różnicą, że owoce wracają do łask. Po głębszym przemyśleniu porzuciłam ten pomysł na rzecz ciasta biszkoptowego z budyniem, oblanym mleczną czekoladą. Od dziś zaczynam tydzień z pełnoprawnym cukrem!