Bardzo łatwo popaść w zobojętnienie. Przeniknąć do przeciętnego wymiaru. Pytanie, czym on tak naprawdę jest? Mam wrażenie, że widzi się w nim tylko to, co musi, bez głębszego zastanowienia. Nie patrzy na otaczający świat i ludzi. Nic poza czubkiem własnego nosa. Życie pozbawione barw.
Dzisiaj chciałabym zwrócić uwagę na fragment: Nic poza czubkiem własnego nosa
i trochę go rozwinąć w kontekście harmonii w związkach.
Niedawno odkryłam, że trudno być dobrym w zakorzenionym tego słowa znaczeniu. Dobrym jako empatycznym, cierpliwym, troskliwym, pomocnym, życzliwym, sympatycznym? Nie tylko w stosunku do najbliższych. Wszystkich, a jednak każdego z osobna. Haczyk tkwi w obustronności. Gdy od dłuższego czasu nie uzyskuje się odzewu, szczególnie u tych niecierpliwych równie szybko dogasa to, co się wznieciło. Bo, aby podtrzymać płomień, nieustannie potrzebujemy podpałki.
Z czasem przestaje wystarczać satysfakcja. Nasz wrodzony egoizm podpowiada nam, że coś tu jest nie tak, trzeba przypomnieć innym o swoim istnieniu. W efekcie jakie daje to rezultaty? Żadnych, skoro nie zauważano nas, gdy się angażowaliśmy, będziemy również stanowili tło, nawet jak usilnie próbujemy się z niego wydostać.
Ilustrującym przykładem okazuje się być długotrwała relacja partnerska.
Spędzacie razem mnóstwo czasu, nigdy się nie nudząc, a nawet jak nudząc to genialnie. Przychodzi moment, w którym coś się zmienia. To wasze uczucie przestało samo się napędzać. Dotąd było samowystarczalne, a teraz wszystko wydaje się jakby mniejsze w swojej nabrzmiałej definicji. Niby nic takiego, a skurcz zawodu jednak gdzieś tam siedzi, jest jak kolka pod żebrami u maratończyka. I niby wiesz, że da się ją pokonać, ale nie jest to już takie oczywiste jak na początku.
Wiele par nie wytrzymuje tego momentu, to wystarczający powód, że potrzeba tak niewiele, aby przestać kochać, przestać być dobrym. Nagle ” klapki spadają nam z oczu”, widzimy inaczej, a to co przykuwa naszą uwagę przestaje nam się podobać. Coraz mniej zauważamy w tej relacji piękna, coraz więcej wad i beznadziejnej codzienności.
To kobiety są tymi, które są bardziej rozgoryczone, ze względu na wrażliwość na bodźce, a im kobiety delikatniejsze, tym gorzej dla niedomyślnego partnera. Każdy aspekt traktują niezwykle ważnie, każda błahostka zostaje przez nie wnikliwie analizowana, mówiąc oględniej: straszna tragedia. Miano strasznej tragedii przypisują mnóstwu problemów. Nie zrozumcie mnie źle – to nic złego, taka przypadłość, nie przezwyciężymy tego, możemy jedynie zmniejszyć pole rażenia, intensywność, ucząc się stabilności od mężczyzn. Mam wrażenie, że im mało co przeszkadza w sprawach partnerskich, byleby zanadto nie nadużywać ich „dobroci”. Jednak tym, za co oni uważają dobroć, znacząco różni się od tego, co my, kobiety przez to rozumiemy. Dla nich bycie takim to zapewnianie bezpieczeństwa materialnego, siłowego i umysłowego. Dla nas to otrzymywanie potwierdzeń miłości, wierności i oddania. Niestety, niewielu mężczyzn dorasta do okazywania swoich uczuć, przez co na wrażliwe kobiety działają jak płachta na byka. Stają się drażliwe, nerwowe, wskutek popadnięcia w partnerską apatię. Wtedy nie ma już mowy o dobroci, wtedy zaczyna się piekło.
A jak temu zaradzić? Mężczyźni, odrobinę zainteresowania, nie oczekujemy wiele! Jak codziennie okażecie nam choć niewiele dobroci, naszej dobroci, nawet takiej jak w stosunku do drugiego człowieka, będziemy szczęśliwe. Jeżeli raz na jakiś czas zabierzecie nas do kina, teatru czy nawet na spacer i pokażecie, że zależy wam na nas. Tak niewiele wysiłku, a owoce niesamowite. Nieprawidłowości w związku od razu zostaną zażegnane.
Warto być dobrym. Warto udowadniać ludziom, że wam na nich zależy. Nawet jak na początku nie widzicie rezultatów, to wiedzcie, że w kryzysowych sytuacjach jakiś inny, dobry człowiek okaże wam swoje miłosierdzie.