Carpe diem

Każdego człowieka po dwudziestce zaczyna to powiedzenie prześladować. Każdego, który poczuł smak zwycięstwa w postaci pierwszego zarobku, dyplomu czy partnera na całe życie. Każdego, kto choć raz przeżył szaleńczy zryw, porzucając kokon zdrowego rozsądku i przy każdej możliwej okazji chciałby postąpić podobnie. Aktualny status głosem rozsądku podpowiada, iż to zanadto frywolne. Nie decydujemy się więc, postarzając się i wprowadzając w stan hibernacji na czas nieokreślony. Ograniczone ruchy, niewielka możliwość oddziaływania.. koszmar. Przestajemy patrzeć, podnosić wzrok w obawie przed.. carpe diem. Etykiecie swobody, która przeciekła nam przez palce nawet nie wiadomo kiedy.

Jakie jeszcze etykiety rządzą w naszym dwudziesto(jedno,dwu, trzy, …, dziewięcio)letnim światku? Czyżby nie te skryte i osobiste, a odwołujące się do bycia odpowiedzialnym, zrównoważonym, uporządkowanym, zorganizowanym, niezależnym, a przez to dojrzałym? Stateczność ponad wszystko, lecz w imię czego? Powszechnej opinii? Złudnego komfortu? Pozornej kontroli?

Dojrzałość nie stoi w opozycji do zachowań uchodzących za dziwne, zdecydowaną większością niepraktykowane. Nieroztropność bywa niebezpieczna tak jak zbytnia ostrożność bywa mordercza. Możemy złączyć się w bólu niedołężności, a możemy zacząć przełamywać bariery, najlepiej od teraz. Wykorzystać zakotwiczony gdzieś na dnie serca potencjał do czynienia życia pełnym spontaniczności, barw i aromatu wanilii.

 

Inspiracja: 1 rozdział dwuautorskiej publikacji „Raz się żyje” z 2016 r.

Dodaj komentarz