Bezduszna opowieść o nastoletniej miłości, oparta na kulawych fundamentach. Zapowiada się efekt uboczny umierania, wychodzi umieranie w środku zdania. Powoli, powoli, a potem bez reszty.
I niby wiesz, że masz twardo się trzymać, ale uśmiech Hazel, będący skutkiem romantyzmu Gusa Ci na to nie pozwala. Momenty płaczliwe przeżywa się intensywniej niż na Titanicu, a przecież nie powinno to mieć miejsca.
Hazel, od kiedy tylko pamięta musi przeciwstawić się chorobie, cierpieniu na 9 punktów. Oswoiła się za czającą się śmiercią, nie liczy na nic, zwyczajny, codzienny koniec. Monotonia Majestatu Udręki nie robi na niej żadnego wrażenia, nie robi do czasu, gdy nie odkrywa jej z kimś innym.
Spotykają się na iście pokręconej sesji integrującej takich jak oni. Osiemnastoletni Augustus marzy o niebagatelnym rozgłosie i zapamiętaniu, obawia się śmierci, podczas gdy Hazel na dobrą sprawę pogodziła się już z odejściem. Jak na wielkie boom przystało, dwoje musi stawić czoła rozkwitającej miłości. Ta nasza mała nieskończoność..
Ażeby nadać wyraz zmaganiom młodych, postarano się o całkiem ciekawą otoczkę, która pomimo niezadowalającego pierwotnego celu, okazuje się znacząco podsycać wzajemne uczucia. Zakochani subtelnie łakną siebie pod osłoną amsterdamskiej atmosfery. W nocy delektują się swą obecnością, aby o poranku zmierzyć się zachowanym na później, cierpieniem na 10.



