Tak jak obiecałam. Myślę, że przygotowaliście się już na drugą dawkę. Solidarnej bibliografii ciąg dalszy.
*************************************************
Jeśli rywalizujemy lokalnie (kto ile egzemplarza dostanie), można i terytorialnie. W tej materii zaczęli oczywiście Niemcy i to jeszcze słono przed sławnym kanclerzyną. Pierwszymi i najważniejszymi w XV w. okazywali się duchowni. U nich najwięcej czasu mieli zakonnicy. Wznosili gorliwe modły o natchnienie, to Bóg w podzięce zsyłał im wielogabarytowe zlecenia. Który podjął się wyzwania, uchodził za szanowanego wśród braci. Jednym z takich był Tritheim, na podwórku mówili mu Janek. I wyobraźcie sobie, że Janek od małego chciał tworzyć, ale nie mógł się zdecydować co. Wiadomym było, że od zawsze lubował się w kontrolowaniu innych. Wziął tędy pióro i począł płodzić. Urodziły się spisy, bo jakże inaczej. Tak się wkręcił, że dodatkowo (całkiem przypadkiem) wylegitymował 1000 duchownych sylwetek, o ilości ich dzieł nie wspominając. Chcąc nie chcąc, udało mu się stworzyć bibliografię literacką i to o charakterze naukowym.
Drugim śmiałkiem, o którym salony nie zapomniały, okazał się facet o wdzięcznym imieniu: Symforian (pewnie koledzy krzyczeli na niego Florek). Champier ledwo przy XVI w. poczuł misję stworzenia bibliografii medycznej. Niebagatelny to postępek, choć miał te przody, że wtedy byle przeziębienie i człek se dednął, taka to „medycyna”.
Trzeci to musiała być jakaś sława albo miał po prostu gościu farta. Nevizzano Jovani postarał się o wytwór prawniczy, co chyba nie spodobało się Ludwigowi Gomes(z)owi (od tej gwiazdki, ex Bibera), bo wpadł na ten sam pomysł. Pamiętacie Naudego? Ten to się nie czaił, nazywał rzeczy po imieniu. Bibliografia to ma być bibliografia, a nie jakieś pitu pitu i gruszki na wierzbie – powiadał. Mówią, że polityk z niego był przedni, ale coś się z tym ukrywał, żeby sobie łatek na statusie fejsa nie przysposabiać. Stworzył za to Bibliographie politice, która w pełni ukazała jego ciemną stronę mocy w diabelskim 1633.
Skoro o łacinie mowa… ktoś i nią musiał się zająć. Janek „fabrykant” Fabricius był do tego stworzony. Wziął wszystkie stare, rozsypujące się w dłoniach karty i przekładał. Autorzy łacińscy i greccy to moje powołanie, zakodował sobie i tak oto teraz uczymy się o jego licznych podbojach. Myślicie, że już bardziej pokręconych ludzi nie było? Za krótko na świecie żyjecie! Jest i kolejny geniusz, niejaki Pawełek. Baldanus! To był dopiero chop, geografowie musieli mu całować stopy, bo oto jest! W cholerę skomplikowana jak na XVII w. bibliografia kronik poszczególnych krajów, ujęcia kartograficzne, podróżnicze, turystyczne i jeden pies wie co jeszcze. Musiał być facet profesjonalistą, bo zachował przy tym ład i porządek, którego dziś by się nie powstydzili.
Ostatnim światowym śmiałkiem, o którym proponowali pamiętać, był Burchard. Zmałpował spisy dokumentów historycznych w bliżej nieokreślonych okolicznościach.
A w Polsce? Jak myślita? XVIII w. Rzeczpospolita to kraina mlekiem i miodem płynąca, tylko nie swoim. Rozszarpana, pognębiona, zapomniana w historii swej… choć nie na papierze. Jużci wielcy jegomościowie zapewnili nam bibliograficzne zajawki, bylebyśmy o kulturze nie zapomnieli. Taki Samuel Joachim Hoppius z początku 1700 (+7) roku posiedział chwilę, powiercił, kark rozmasował i zniósł fenomenalny Poczet historyków polskich w zarysie. Jaka radość, jakie wiwaty – nauk pokrewnych też mu się zachciało! Ale proszę Państwa, to nie koniec. Coście coście, w Polaków nie wierzycie? Taki Dejwid Braun pokusił się nie tyle o historyczną, phi, zabrał się od razu za polityczną i prawniczą. Ktoś mógłby stwierdzić „Przeca to jedna cholera!”, ależ nie róbmy sobie żartów, nie bądźmy ignorantami, toż to klasa! PRACUJĄCA!
Nie taki chłop straszny jak go malują. Krzysiek trochę zamieszał z tą antytrynitarską. Dobrze, że Pawełek (Pater), Danielek Hoffmann i Józio (z tych Załuskich, Z TYCH!) nie poszli w jego ślady. Za to Czacki przesadził! Nie dość, że prawna, to jeszcze literatury polskiej! Niech go licho! Jedyną szansą miał się okazać XIX w., a raczej przełom z prawdziwego zdarzenia. Kto normalny opracowuje bibliografię między 1800, a 1801? Otóż J. K. Arnold. Zachciało mu się historii naturalnej Polski, jakkolwiek to brzmi. Z kolei Linde (Bogusław? Nie… Samuel Bogumiś) szarpnął się na monografię po rosyjsku. No tak, trzeba sobie jakoś radzić, jak nie na zachód to szarpiem za rękaw wschód. Ks. Michał Hieronim Juszyński się nie patyczkował, zarzucił Dykcjonarzem poetów polskich i niech się dzieje co chce. Za to Ludwiczek Gąsiorowski poszedł w biologię, a że od zawsze marzyło mu się lecznictwo, zasiał pierwociny medycznej. Idyllę kończy wódz ostatni, Feliks ten z Kucharzewskich. Co to zamiast w kuchni, robił w narzędziach i objawienia Boskiego doznał. Doczekaliśmy się spod pióra jego nie takiego byle czego, bo spisu ksiąg tematycznie technicznych i przemysłowych.
*************************************************
I tak się finalizuje opowiastka mała, co o bibliografii narodowej być miała.
Pytanie za sto punktów – jak nazywa się biblioteka widoczna na zdjęciu w tle?