Spotkaliśmy się przypadkiem w Urzędzie Skarbowym. Ponownie rozpoznałam go w banku, na poczcie, w warzywniaku i komisie z odzieżą używaną.
– To Pan – zagadnęłam przy ostatnim podejściu. Nietrudno było mnie rozpoznać, o tej porze roku stawiałam na wściekle czerwone barwy. Zbytnia nadpobudliwość kolorystyczna jak na typowy, polski ubiór.
– A tak, rzeczywiście, dzień dobry – odparł niewzruszenie, zamyślając się – Pani z biura pośrednictwa pracy, prawda? – czar prysł.
– A tak, tak – zaśmiałam się na znak potwierdzenia. Przytakiwanie, słysząc nawet największe brednie świata to moja specjalność. Z braku zainteresowania ponownie skupiłam się na przeglądaniu ubrań, rodem z amerykańskich lat 90tych. Garniturowy facet w komisie? Powodem była córka z poprzedniego małżeństwa. Jak się później okazało, miała niespełna roczek, gdy rodzice rozstali się. Teraz była już duża, ale w dalszym ciągu potrzebowała matki. Przypuszczalnie miałam nią zostać, ale wtedy przecież się nie znaliśmy. Nie znaliśmy się wówczas, gdy mi się oświadczył. Zrobił to z obowiązku. To wszystko wydawało się niewiarygodne. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Byliśmy na jakimś urzędowym bankiecie. Piąty raz z (u)rzędu to w końcu nie przypadek. Potrzebowałam go, na gwałt. Nie mogłam się powstrzymać. Upiliśmy się, a potem zrobiłam mu dziecko. Cóż dodać? Teraz musieliśmy się poznać.
Pracował jako kurator i miał pod sobą pół powiatu. Wszyscy wieszali na nim psy za restrykcje wydawane przez jego zwierzchników. Nerwowa praca, a pieniądze niemałe. Tylko czemu obławiał się wtedy w komisie? Gdy poznaliśmy się bliżej poza sypialnią, a gdy mój brzuch przeobrażał się w pojemny, wielkogabarytowy miejski bazar wyszło, że redakcja nad którą trzymałam pieczę miała kłopoty. Osiadł na niej komornik, dobry znajomy mojego G. W całym tym życiowym zawirowaniu nie zorientowałam się, że księgowa obracała sędziwymi kwotami na giełdzie. Wiadomość dotarła do mnie, gdy było po wszystkim. Widziałam, że miał mi za złe bezmyślność, raz w nerwach powiązał to z małym. Bałam się, może trochę za bardzo. Chwilę później zaczęłam rodzić, ale to nie On pomagał mi wturlać się do samochodu, to Maja całkowicie przejęła stery. G. nie był w stanie wykrzesać z siebie żadnych decydujących czynności. Gdy szykowałyśmy się do odjazdu, zaczął mdleć na naszych oczach. Coś w nim pękło, później stwierdzono, że to woreczek żółciowy. Jego córka okazała się nadzwyczaj zdolnym, niepełnoletnim kierowcą. Budynek szpitalny okazał się niewystarczający, aby pomieścić nas dwoje. Do dziś nie mogę nadziwić się dziewczęcej trzeźwości umysłu. W tym przypadku ciężarna na chirurgii nie powinna nikogo zdziwić, Maja to jeszcze dziecko.
A skoro o tym… nie poroniłam, jeśli o to chodzi. To byłoby za proste. Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że staliśmy się kochającą rodziną, ale to tylko otumaniające leki przeciwbólowe. G. nie potrafił mnie kochać, nie potrafił nikogo poza swoją córką. Z odejściem żony wygasła w nim umiejętność dzielenia z drugim życia i… łóżka. Kopał przeraźliwie. Długo miałyśmy nadzieję, że się uda. Po roku zwłoki wyprowadziłam się, zabrawszy Tomusia ze sobą. Tym razem to matka wychowa dziecko.
Spotkaliśmy się przypadkiem na poczcie. Tym razem rozpoznał mnie bez zarzutu, nawet wzruszył się i okazał skruchę. Ale ja już nie mogłam, zostawiłam go tam ze swoim priorytetem. Długo nie wytrzymał w roli niejawnego ojca od pieniędzy. Próbował się dogadać. Przez sekundę uwierzyłam, że… to się działo. Tej nocy rozstaliśmy się z goryczą. Uprzedzając fakty – ponownie nie zostałam matką, a przynajmniej nie z tym mężczyzną. G. niedługo po naszym spotkaniu wyjechał w delegację. Z relacji jego córki dowiedziałam się, że udało mu się emocjonalnie nastroić do Pani komornik wyższej stanem. Nie miałam żalu. Nasza znajomość rozpoczęła się i zakończyła w podobnych okolicznościach. Przestałam liczyć się ja i mały, ustanowił się ojcem cyklicznego przelewu. Przez cztery lata udawało mi się skupić wyłącznie na dziecku. Dopiero po skończeniu przez Tomusia pięciu latek moje serce zabiło mocniej. Sfiksowałam przy M. Byłam z małym na wczasach, a On po harcersku pomógł przenieść nasze tobołki z deptaku na plażę. Rozpłynęłam się. A potem rozpętała się burza i nie było komu nosić bagaży. Przez moment zdołałam pomyśleć, że to koniec znajomości.
Spotkaliśmy się celowo. Przyszłam z małym o tej samej godzinie na plaże. Czekał w miejscu, w którym wczoraj mnie pożegnał. Gdy podeszłam bliżej, udawał zafascynowanego lekturą o ludach słowiańskich z początku X wieku. Wzdrygnęłam się na samą myśl, obawiając się, że to nudziarz. Ale przestałam się bać wraz z zaawansowaniem rozmowy. Przestałam się bać aż po grób. Umarłam śmiercią naturalną od błysku piorunem.
