Drogi WP,
zdecydowałem się na próbę sklejenia tych wywodów, ponieważ zaskoczyła mnie Twoja ostatnia deklaracja względem naszej relacji. Z tym znaniem się bowiem to tak nie do końca. Znamy się nie do końca, wirtualne, a więc z całą dozą prawdopodobieństwa nieprawdziwie. Czy chcemy czy nie, każdego dnia kreujemy siebie, nigdy w pełni nie odzwierciedlając naszych osobowości. Nawet jeśli bardzo chcemy.
Niezależnie od wymiaru (rzeczywistego bądź wirtualnego), świadoma autoprezentacja opiera się na dwóch składnikach: wizja siebie teraz i tego kim chcę być. Tworzymy postać, a wiec kodujemy szyfr osobisty na uniwersalny. Inni to odbierają przez pryzmat własnego doświadczenia i dominujących w ich głowie stereotypów. Intencja, z jaką nadajemy nie zostaje w pełni odczytana zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Niby takie oczywiste, a dopiero po chwili zastanowienia uwidacznia się, jacy jesteśmy ograniczeni w tym względzie.
Jakaż z wami jest rozmowa? Słowa, słowa, słowa, słowa…
Przypomnij sobie Drogi Przyjacielu, ile razy miałeś jakąś myśl, chciałeś coś komuś zakomunikować i może wyraziłeś to całkiem precyzyjnie, lecz ów osobnik nie potrafił pojąć o co ci chodzi? Zbyt dużo razy? Oczywiście, może na to wpływać sposób w jaki się wyraziłeś (niewyraźnie, chaotycznie) lub jakich użyłeś słów (fachowych, ogólnikowych, błędnie definiowanych). Ponad tym wszystkim góruje doświadczenie słuchacza, zbieżne od Twojego. Wskutek niezrozumienia rodzi się dystans i opór przed kolejną próbą generowania komunikatów. Pocieszające, że nawet bliźnięta syjamskie postrzegają świat w dwóch różnych perspektywach, co dopiero ludzie kształtujący się w innych warunkach. Pocieszającym jeszcze bardziej może być fakt, iż pomimo różnych częstotliwości nadawania, z pomocą takich cech jak empatia, troskliwość, współczucie potrafimy wczuć się w sytuację odbiorcy, co daje mu, przynajmniej pozorne, poczucie zrozumienia. Tylko czy rzeczywiście zrozumienie jest tutaj najważniejsze? Czy może wystarczy akceptacja?
Pewnego dnia przyszła do mnie zapłakana córka. Gdy zapytałem co się stało, odparła przez łzy, że kolejny raz nie udało jej się narysować konia. Dotychczas moja recepta na jej rysunkowe udręki była ścisłe związana z tłumaczeniem jak prawidłowo nanosić kontury. Ostatnio jednak moja żona uświadomiła mi, ze córce bardziej zależy na akceptacji jej niemożności odzwierciedlania rzeczywistości w rysunkach, a dopiero później na rozwiązaniu problemu. Okazane ciepło i współczucie ma dla niej większe znaczenie niż to, czy tego konia narysuje czy nie.
W sferze emocjonalnej niezbyt różnimy się od dzieci. My także, powierzając innym swoje troski nie oczekujemy przepisu na udane życie, tylko odrobiny współczucia i poczucia mentalnej jedności z drugą osobą. Ile ludzi dałoby się za to pokroić?
Przyjaźnie, owo „znanie się” wypływa więc z podobnych doświadczeń i przemyśleń. A gdzie można szukać osób o podobnych doświadczeniach? Na pewno razem je przeżywając w ramach mniej lub bardziej zorganizowanej grupy. Częściej jednak odpowiada za to przypadek w imię wzajemnego przyciągania.
Inna sprawa, że będąc wygodnym ludem, przysposabiamy sobie ludzi z najbliższego otoczenia i całkiem słusznie. Zastanawia mnie jednak jak wiele tracimy tak się ograniczając. Jak wiele ciekawych ludzi moglibyśmy poznać, a jednak z różnych powodów to się nie stało. Oczywiście, to myślenie mega utopijne. Dążenie do jakiejkolwiek oryginalnej i zaskakującej konkluzji jest tu bezcelowe, można jedynie się pocieszyć, że według najnowszych badań, człowiek jest w stanie utrzymywać 100 zażyłych znajomości. Ale to znów nie takie proste, jak zliczy się przeciętną liczbę znajomych na facebooku. Wciąż dążymy do kompletności, a wiec według wskaźnika ilościowego, a nie jakościowego. I jak tu wyliczyć, Drogi Przyjacielu, które znajomości zaliczają się do tych magicznych stu? Kogo znamy dobrze i prawdziwie, a kogo wyłącznie na pozór? No ba.
Nie czuj urazy mą bezpośredniością, chcę tylko abyśmy byli świadomi ograniczeń przestrzeni, w jakiej przyszło nam się poznać.
Przesyłając moc pikselowej serdeczności,
Twój Sieciowy Przyjaciel


