Nie boję się o przyszłość, tak jak o przeszłość. Pewnego ranka wszechobecne otarcia na częstotliwościach było-jest mogą awansować do miana przepalających się kabli. Dym przesłoni mi pole widzenia. Przystanę i ostrożnie zacznę się rozglądać by sporo po minucie, dusząc się i kaszląc, umrzeć. W szybki sposób sama stanę się przeszłością (chociaż lepsze to od samobójstwa, przynajmniej niechciane). Niespodzianki wszakże też mają swój urok.
Zakładając optymistyczną wersję, pozostaną otarcia, które z nieuwagi nieleczone zanadto wgryzą się w rzeczywistość. Nikt nie będzie w stanie pomóc, nikt nie chciał wtedy zaproszenia, więc to nieuchronne?
A może każdy ma taką niewdzięcznie ocierającą się przeszłość?
Nie boję się więc o swoją przeszłość, tak jak o przeszłość innych. Do licha z moim życiem, skoro zabraknie mi cudzego. Pustka przesłoni mi pole widzenia. Przystanę i z niedowierzaniem zacznę się rozglądać, by ostatecznie nienasycona zdechnąć (chociaż lepsze to od samobójstwa, przynajmniej niechciane). Nikt nie będzie w stanie mi pomóc, więc to nieuchronne?