Miało być literackie. Literackoludzie zwierzę obudziło się we mnie przed sekundą. Niedomagam energetycznie jak już dawno. Czuję, że właśnie powstaje moja pierwsza zeschizowana opowieść. Bo te wszystkie literaty to biedne istoty są, myślą, że nikt ich nie rozumie, nie docenia, że mają w korzeniach Słowackiego.
W rzeczywistości albo nie potrafią pisać, kreując się na niedostępnych albo nie doznali w życiu takiego kopa, jakiego ja nadal mam przyjemność przeżywać. Na co dzień nie dosięga mnie ani jedno, ani drugie.
Najlepiej na gorąco, struktury i formy to takie bzdurne oprawianie w nieświadomie stworzone przez innego ramy, że w pale się to nie mieści. Albo to mi już mózg wystrzelił w kosmos od tej sadystycznej mordowni w poszukiwaniu własnego jaśnie księcia pana ego. Na gorąco, bo bez czytania i analizowania logicznych relacji, związków przyczynowo – skutkowych i cholera wie co jeszcze. Proza to jak pierwsza łyżka parzącej, świeżutkiej zupy z własnego domostwa. Żresz nie do opamiętania, ale przy drugim talerzu pasujesz, bo nagle grzęźnie Ci w gardle, staje się bez wyrazu, konstrukcji zdaniowej, przyimków, słów kluczowych, uwag i cholera wie co jeszcze. Nie potrafisz tego wyrazić, no bo bez przesady.
Za to z przesadą nadużywamy wszystkiego, ono nas zalewa, aż ogranicza ruchy, wewnętrzny morderca. Masz strzaskany mózg jak psychiatra sadysty. A przecież nie ma przyczyny ani logiki w tym, czego jesteś świadkiem na własnej skórze. Idź się lecz, jakkolwiek na nic Ci się to zda jakżeś pragnący nieustannego odkrywania siebie i przypisywania otaczającemu światu miana nierzeczywistego. Pojedź na urlop, dobry plan, no bo w środku zimy to trochę tak jak wybrać się nad morze bez kąpielówek. Pusty pociąg, powodzenia. A jak już wrócisz z tymi majtasami przechytrzając system, bądź pewien, że najlepsze już za Tobą, bo wszystko to co wartościowe zawsze okazuje się nieuchwytne. Ten fakt sprowadza jednostkę do wszechrezygnacji, a więc popuszczenia pasa odpowiedzialności.
I właśnie czas minął, zmarnowane nadzieje na coś zniewalającego.
