Zbliżała się godzina 22 polskiego czasu wschodniego. Ponadprzeciętnie utyrane komunikacyjną niebezpośredniością, wycisnęłyśmy bagaże pełne bieszczadzkich doświadczeń na podest peronu tuż za żółtą, rozdeptaną linią. Nie znajdowało się tutaj nic co znałyśmy, w odróżnieniu do zachodnich, południowych – grając va banque – również północnych słowiańskich stron, a wojewódzkich metropolii. Centra dowodzenia sieciowego konsumpcjonizmu, korytarze pełne poruszających się z wolna ludzkich ciał, mających na widoku darmowe szalety owiane zapachem owocowych perfum, jarmarkowe świecidełka w rytmie nadgorliwie modnych dźwięków – tego przy lublińskim dworcu daleko szukać. Niezbyt zważając na plan miasta, skierowałyśmy się w kierunku mojego głosu rozsądku sugerowanego pamięcią podręczną z lat trzech.
Pamięć nie myli tutaj nawet wielce zapominalskich. Z niewielkim odchyłem, głównymi drogami, szerokością przypominającymi niemieckie autostrady, dotarłyśmy w śródmiejskie strony przeważnie milcząc. Dopiero, gdy zachłysnęłam się pierwszym, choć jeszcze odległym widokiem kamieniczek na wysokościach, uciążliwie dla odbiorcy rozbełtałam język. Nie mogłam przestać, ileż to pragnień wiązało się z tym miejscem! Niewystarczające stały się słowa, niewystarczające wchłanianie, klimat księżycową porą.. chciało się trwać bez końca, a przecież nie dotarłyśmy nawet na krzyżówkę przy złoto-tarasowej łące.
Jak planu miasta, tak i planu działania nie sposób szukać w naszej piętnastogodzinnej przeprawie. Pierwsze westchnienie zastąpione zostało pierwszą falą wspomnień. To wszystko zaczęło się tutaj. Nieśmiały gest w stronę duchowego porozumienia, inicjacja godna wyłącznie przewrażliwionych. Ale czy przypadkiem nie jednostronna? W symbiozie możliwe było zespolenie cech umysłów wyraźnie humanistycznych, tego chcę być pewna. Nastawionych na wiarę i nadzieję, obserwację i wielostopniowe dno, przekaz podprogowy do kwadratu. Porozumiewających się podziemnie pod maską prostych formuł i pojedynczych zdań. Wspomnienia tamtego nastroju odżyły, naśladując niespokojnego noworodka. Nie sposób to zatrzymać, porywało i jedyne co pozostawało to udawać obojętność, zachowując cielesne niewzruszenie. Duchowo krwawiłam, biczowało mnie z tęsknoty za.. tym, co w gruncie rzeczy nigdy się nie wydarzyło. Ścieżki ze snów i majaczeń jednakowoż podobne, wyraźnie zabarwione i skontrastowane. Bajkowość starówki nie pozostawiała złudzeń, daleko do rozliczenia i jeszcze wiele lat, nim dojdzie do ostatecznego starcia. Błądziłam więc nadal w swoich rzeczywisto-wirtualnych wizjach, pochłaniając i mając nadzieję na nierychłe pożegnanie. Tylko, nawet gdy skazana na bezsenną noc to za mało. Podły świat piętnastogodzinnej doby, a nie istot bez odwagi i chęci weryfikacji własnych uniesień. Idźmy więc przed siebie, przystając przy blasku zaprogramowanego szaleństwa, tęczowej palety wodnych fikołków, wzlotów i upadków, podziwianych z bliska i daleka przez miejscowych, przyjezdnych, a wszystkich tymczasowo zakotwiczonych na szlaku litewskiej, zindustrializowanej roślinności.
Znajomości napoczęte, a pozornie rokujące okazały się niewystarczające, by przełamać barierę indywidualnego komfortu. Nietrudno się dziwić, to dosyć powszechne zjawisko, przybierające rozmiary epidemii. Pozostałyśmy więc zdane same na siebie, w rozrachunku na podwójną, kobiecą intuicję. Tym razem okazała się wyjątkowo pechowa, lecz niepozbawiona czarnego humoru z domieszką kabaretowego komizmu właściwego wszystkim. Nic to, przynajmniej jedna z nas wiedziała jak sobie z tym poradzić. Po dalekobieżnych przemarszach, zastałyśmy się na całonocnym, piwnym ogródku bez kwiatów, pośród istot wysoce upojonych. Był to widok miły, a tragiczny, bowiem niewiele rozmów przybierało formę lekką i beznamiętną jak za dnia. Rozchwianie fizyczne pociągało za sobą huśtawkę emocjonalną, co tylko potwierdzało tezę o zalewaniu smutków. Rozterki względem tego co na zewnątrz i wewnątrz, jak dotąd otulone pancernym schronem, nocą stawały się nazbyt wyraziste. Przypominało to nieco bieg przez płotki, im więcej utopionego przygnębienia, tym mniejsza belka do przeskoczenia. Bywali również i tacy, którzy świadomi swej nędzy, zalewali ją falą bezkresnego optymizmu, skrajnie wyzbywając się wstydliwości. Prędzej czy później z nich także wychodziła gorzko-kwaśna żółć rozgoryczenia, zniechęcenia, zagubienia, w końcu braku wiary w wyjątkowość egzystencji. Nam trafił się przypadek o wielogodzinnym stażu, nieśmiało proponujący oprowadzenie po domowym zbiorze winyli. Nie dając mu szansy, niedostrzegalnie wypadało się ulotnić, a przecież noc jeszcze młoda, a towarzystwo wyborne. Po kilkugodzinnym wchłanianiu nastroju, a przy okazji debatach nad sensownością zakotwiczenia w zgodzie z naturą, skończyłyśmy na przystanku przybite senną niemożnością.
Poranek sygnalizował nowy dzień, a człowiek energetycznie jakby przedwczorajszy. W blasku pierwszych promieni nasze twarze niepokojąco marszczyły się, przybierając jadowity grymas. Ku powszechnemu zadowoleniu, z wybiciem szóstej otwierano wielofunkcyjny szalet, który znacząco orzeźwił i pozwolił nabrać barw wyszarzałym twarzom. O siódmej pocztę z rozmaitymi pocztówkami, o ósmej złoto-tarasową łąkę godną alternatywnego śniadania. O dziesiątej, w niemal pełnym rozwarstwieniu ciała z duchem, szykowałyśmy się do powrotu po to, by o trzynastej już nas tam nie było. Ostatnie spojrzenie i… nadzieja na później.
Pobyt zdał się być wielowątkowy a krótki, złożony a płaski, malowniczy a pełny smutku. Kiedyś powiedziano mi, że odwiedzając kolejny raz to samo miejsce, jedziemy szukać wspomnień, jakie tam pozostawiliśmy. Wkładu swojego i innych w budowanie wspólnych doświadczeń, jednak bez względu na to jak byśmy się starali, tamci „my” nigdy nie wrócimy. Rozpłynęło się bowiem to tak szybko jak szybko ugruntowaliśmy tamte chwile. Bez względu na prawdziwość tej opinii, przecierając zakurzone, wyśnione i wyczekane szlaki, moje płuca oddychają swobodniej. Swego czasu pozostawiłam tam coś bardzo cennego. Przelotnie, choć fizycznym gestem stworzyłam nieosiągalne, które czekało i czeka nadal na pełną wizualizację, która jest niemożliwa. Zaspokoiłam pragnienie pozornego doświadczenia tamtego nastroju. W każdym odnalezionym zakątku znajdowałam to, co tam pozostawiłam. Nieuchwytna, z czasem coraz bledsza fabuła z lat trzech nabrała mocy i materii, powagi i realizmu. Lublin jest dla mnie wyjątkowy w swym materialnym bogactwie duchowych odkryć, skupiskiem pragnień tego świata, których nie sposób dosięgnąć, dlatego stają się one jednymi z najpiękniejszych.




