Studiowanie – przez pierwszy semestr ważny aspekt na drodze naszego przyszłego wykształcenia. Pierwszoroczni w październiku sikają w porty, nie mając zielonego pojęcia o tym co się do nich mówi. Słysząc sylabus, zaliczenie, kolokwium wyrywają sobie włosy z głowy, licząc na boskie olśnienie. Patrząc na wyluzowane wyższe roczniki, zastanawiają się w duchu jak oni są w stanie wbić sobie do głowy taką porcję materiału, jaką oferują wykładowcy w ciągu jednego dnia. Nie rozróżniają rektora od dziekana, profesora od doktora, a Paniom z dziekanatu przypisują rangę samego dyrektora. Cały październik każdą przerwę wyczekują w punkcie ksero, będąc głęboko przekonanymi, że literatura uzupełniająca na coś im się przyda. Ze wstydem na twarzy starają się sprawnie i możliwie w odosobnieniu zjadać, przygotowane przez mamę kanapki z pasztetem. Po korytarzach przemykają jak cienie, nie chcąc się narażać na pełne ciekawości spojrzenia starszaków. Wykłady traktują jak świętość, notują zbitki słów, a przed każdymi ćwiczeniami dostają drgawek na myśl o niezapowiedzianym sprawdzianie. Zwykle przez pierwsze dwa tygodnie mają największy zapał do nauki, który w miarę pochłaniania akademickiego klimatu, spada do poziomu bliskiemu zeru.
A gdy przychodzi styczeń i sesja za pasem, są już tak wytrwałymi alkoholikami, że nawet żulik z dwudziestoletnim doświadczeniem nie pogardzi ich towarzystwem.

