Każdy kto czyta książki i kocha narkotyk jakim jest słowo pisane, ma wśród rozlicznych książkowych specyfików takie, do których powraca. Porównuję słowo – a za nim książkę – do narkotyku. Jeśli jesteś do mnie podobny Czytelniku (a sadzę, że łączy nas więcej niż mógłbyś sądzić, w końcu jesteś tu i właśnie przetwarzasz moje słowa) to zrozumiesz doskonale moje metafory. Nie zdziwi Cię również, iż pisząc te słowa, postrzegam swój twór jako coś odrębnego, osobnego. Nawet jeśli ta indywidualność jest tylko moim pobożnym życzeniem.
Każdy tekst postrzegam więc jako specyficzną substancję, której można nadać wygląd, smak, zapach i dźwięk. Te cechy, którymi charakteryzujemy wszelkie przedmioty spoza sfery słowa. Na pewno wyczuwasz sprzeczność, bo jak można mówić w ten sposób o tekście, skoro nie jest on przedmiotem. To prawda, ale dla mnie tekst jest podobny do ciekłej substancji, której autor nadał określone cechy. I tak jak twórca perfum decyduje o końcowym kształcie swojej pracy. Pracy nad czymś, czego nawet nie widać, gdy ktoś tego użyje. Książka jest dla słowa tym, czym flakon dla perfum. Pozwala uwięzić zbitek liter w materialnym tworzywie tak, by na świecie trzymało je coś więcej niż krucha pamięć ludzka.

Perfumy mogą być gorzkie, słodkie, kwaśne, mdłe lub jeszcze inne. Co istotne, gdy czujemy woń, która ma dla nas jakieś znaczenie, kojarzymy ją ze wspomnieniami jakie w sobie nosimy. Niektóre z męskich perfum przywodzą mi na myśl sosnowy las. Możesz zapytać Czytelniku, po co te nietypowe wynurzenia. Są one dla Ciebie pomostem prowadzącym do mojego umysłu. Trzymaj się dobrze poręczy i uważaj, żeby nie spaść. Bo kiedy już będziesz potrafił wczuć się w moje obrazowanie, nie tylko usłyszysz ten tekst w głowie, ale zobaczysz oczami wyobraźni to o czym piszę, a tego właśnie chcę.
Mam zamiar opowiedzieć Ci dzisiaj o pewnej książce. Autor uczynił ją gorzką i mroczną jak zasnute dymem stare pomieszczenie, do którego chcesz wejść. I mimo, że czujesz trujące opary, świadomie decydujesz się je wdychać. Pragniesz przeniknąć tę przestrzeń wiedząc, że w środku znajduje się to, czego szukasz. Nawet, jeśli nie wiesz czym to jest. Historia opowiedziana jest tak, że nawet transcendencja z całym wachlarzem sił nadprzyrodzonych zyskują w niej realny kształt. A muszę przyznać, że właśnie mrok i gorycz czynią tę książkę autentyczną i uwydatniają jej mądrość. I chociaż zarysowany w niej świat ma często gorzki smak, a humor zaprawiony jest zwykle cynizmem i sarkazmem, to to czyni opowieść realną i sprawia, że nie wyczuwa się w niej fikcji literackiej. Niedoskonałość głównego bohatera powoduje, że bardzo łatwo jest się z nim utożsamić. Autor stworzył więc bardzo zmyślną łamigłówkę. Dopiero po przeczytaniu całości można połączyć wszystkie nici fabularne w jedną sieć. Wraz z kolejnymi stronami narrator pociąga za spust, uruchamiając nowe strzelby, ukryte tak dobrze, że zapomnieliśmy już o ich istnieniu.
Jeśli udało mi się Ciebie zachęcić, wskazuję drogę – idź na cmentarz zapomnianych książek C. R. Zafóna.
